09 listopada 2010

Biedroń dla Tezeusz.pl

Po pierwsze nie demonizować – pisze Robert Biedroń w swoim tekście będącym częścią debaty o homoseksualności na portalu tezeusz.pl

Uważam, że ciężko jest pogodzić orientację homoseksualną z dzisiejszym stanowiskiem Kościoła katolickiego. Jest ono bowiem pełne niezrozumienia dla gejów i lesbijek i wymaga od nich okrutnych i nieludzkich poświęceń. Jestem jednak głęboko przekonany, że jeśli Bóg istnieje, w co osobiście wątpię, kocha gejów i lesbijki tak samo mocno jak osoby heteroseksualne. Wierzę, że nigdy nie potępiłby miłości homoseksualnej, podobnie jak nie potępiłby miłości heteroseksualnej. Dla Boga miłosiernego miłość to miłość. Gdy mężczyzna kocha mężczyznę, kobieta kobietę lub mężczyzna kobietę, Bóg jest szczęśliwy.

Geje i lesbijki stanowią integralną część każdego społeczeństwa. Zawsze zresztą byli jego częścią i zapewne zawsze nią będą. Jest ich tyle samo w każdym kraju – bez względu na to, czy jest bardziej, czy mniej tolerancyjny. Nie zmienią tego żadne zakazy i nakazy. Warto może zastanowić się, jak sprawić, by gejom i lesbijkom w Polsce żyło się lepiej?

Jestem głęboko przekonany, że nasz brak szacunku, a czasem nawet tolerancji dla osób homoseksualnych wynika przede wszystkim z niewiedzy. Żyjemy bowiem w kraju, w którym mimo że homoseksualność nie jest kryminalizowana od 1932 roku, nadal jest tematem wstydliwym, pełnym uprzedzeń i niezdrowych emocji. Zapraszam więc Państwa do merytorycznej dyskusji na argumenty, nasze fobie i niechęci pozostawiając z boku.

Kwestią fundamentalną w procesie zrozumienia homoseksualności i tego, dlaczego należy traktować ją neutralnie etycznie, jest pojęcie orientacji seksualnej. Jest ona bowiem trwałym, głębokim, erotycznym, miłosnym i uczuciowym zainteresowaniem osobami określonej płci. Medycyna i psychologia wymieniają trzy orientacje seksualne: heteroseksualna – zainteresowanie osobami odmiennej płci, biseksualna – zainteresowanie osobami obojga płci oraz homoseksualna – zainteresowanie osobami tej samej płci. Współczesna wiedza medyczna podkreśla, że orientacja seksualna jest pewnym płynnym wymiarem: od orientacji ściśle homoseksualnej, poprzez różne poziomy biseksualności, aż do orientacji heteroseksualnej. Każdy z nas inaczej sytuuje się na tym wymiarze, indywidualnie określając swoją orientację seksualną.

Homoseksualność nie jest chorobą, zboczeniem czy dewiacją. Jest tak samo naturalna jak nasz kolor oczu, skóry lub lewo- czy praworęczność. Orientacja seksualna – czy to homo-, bi- czy heteroseksualna – nie poddaje się dobrowolnym modyfikacjom i nie jest efektem naszego wyboru. Są jednak ludzie, którzy wierzą, a co gorsza promują możliwość „leczenia homoseksualności”. Sam fakt, że namawiają oni do leczenia tylko jednej z trzech orientacji seksualnych, świadczy o braku jakichkolwiek kwalifikacji. Jeśli bowiem można by leczyć homoseksualność, dlaczego nie moglibyśmy leczyć biseksualności czy nawet heteroseksualności?

Psychologia, seksuologia i psychiatria nie znają ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku, w którym doszłoby do zmiany orientacji seksualnej w toku jakiejkolwiek terapii. A te bywają naprawdę drastyczne – wielu moich przyjaciół było poddawanych terapiom hormonalnym, elektrowstrząsom czy faszerowanych lekami. Niektórym przeszczepiano nawet sutki wierząc, że tak radykalna zmiana „przywróci ich na jedynie słuszną drogę”. Wszelkie próby przeprowadzenia tzw. terapii reparatywnej (naprawczej), mającej na celu zmianę orientacji seksualnej, okazały się bowiem nieskuteczne. Rozumiem, że radykałom religijnym ciężko pogodzić się z doniesieniami badań naukowych. Jeśli jednak powszechnie przyjęta jest już dzisiaj wiedza o tym, że to Ziemia krąży wokół Słońca (wbrew temu, co twierdził przez wieki Kościół katolicki), może warto przyjąć dowody naukowe i porzucić zabobony. Promotorzy takich terapii chcieliby zapewne zapomnieć też o wielu spektakularnych oświadczeniach osób „leczonych z homoseksualności”, które negowały cudotwórczą moc polecanych przez nie wcześniej terapii. Wśród nich byli Gary Cooper i Michael Burkee, założyciele największego i najbardziej znanego na świecie ruchu „leczenia homoseksualności” – amerykańskiego Exodusu, którzy publicznie zanegowali jego sens i zamieszkali ponownie z partnerami homoseksualnymi.

Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, zrzeszające autorytety naukowe z całego świata, w 1997 roku wydało specjalne oświadczenie, w którym wezwało wszystkich profesjonalistów do zaniechania stosowania terapii mających leczyć z homoseksualności. Podobne oświadczenia znajdziemy wśród polskich organizacji zrzeszających seksuologów, psychologów i psychiatrów. Wśród psychologów panuje dzisiaj powszechna opinia, że wszelkie oddziaływania terapeutyczne powinny zmierzać raczej w kierunku akceptacji przez daną osobę swojej orientacji seksualnej, wzmocnienia poczucia własnej wartości i ułatwienia jej funkcjonowania w świecie. Wsparcia w orientacji seksualnej, a nie jej odrzucenia.

Przeraża mnie dyskusja o leczeniu homoseksualności. Przypomina mi próby udowodnienia wyższości rasy aryjskiej nad innymi. W końcu nikt nie pyta o pochodzenie heteroseksualności. Nikt nie prowadzi badań nad tym, skąd się bierze heteroseksualność i czy aby heteroseksualność nie powinna być korygowana i nakierowana na „jedynie słuszną” – homoseksualną.

Gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji, gejów i lesbijek już dawno pewnie nie byłoby na świecie. Po pierwsze dlatego, że my, geje i lesbijki, wychowujemy się wśród homofobicznego społeczeństwa. Nasza homoseksualność jest często niezrozumiana i piętnowana. W ponad 80krajach homoseksualność jest karana, także karą śmierci. Kto żyjąc w takim społeczeństwie, chce być gejem? Warto też pamiętać, że geje i lesbijki najczęściej wychowują się w rodzinach heteroseksualnych. Gdyby można było przekazywać orientację seksualną w toku socjalizacji, geje i lesbijki wymarliby. Rodziny heteroseksualne wychowywałyby bowiem tylko potomstwo heteroseksualne. Sam wyrastałem w takiej heteroseksualnej rodzinie, a mimo to, w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, jestem homoseksualny. Nikt mnie nie uwodził, nie przekonywał do homoseksualności, nie miałem też dominującej matki czy dominującego ojca, jak chcieliby to widzieć niektórzy.

Jak już wyżej wspomniałem, nadal znajdują się ludzie, którzy poddają się terapiom „leczenia”. Osoby te z własnej woli próbują „leczyć się z homoseksualności”, ponieważ nie potrafią odnaleźć się w świecie, który ich nie akceptuje. Ich problemem nie jest orientacja seksualna, ale opresyjne środowisko, które nie akceptuje ich jako gejów i lesbijek. Może więc zamiast leczyć z homoseksualności, powinniśmy leczyć nienawiść? Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się „zreperować”, a nie osoby homoseksualne? To najczęściej nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją, ale nietolerancyjne grupy religijne, polityczne czy społeczne. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie, z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji.

Inną kwestią używaną przez przeciwników emancypacji gejów i lesbijek jest rzekoma „nienaturalność homoseksualności”, a tym samym sprzeczna z prawem naturalnym. Homoseksualność, podobnie jak heteroseksualność i biseksualność, występuje zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt, jest bowiem integralną częścią natury.

Termin „prawo naturalne” (zamiennie mówi się też „prawo moralne lub „prawo Boże”) jest terminem filozoficznym, a więc ściśle związanym z pewnym światopoglądem, nie nauką. Na świecie wśród różnych religii i szkół filozoficznych występuje całe spektrum definicji prawa naturalnego. Często są one ze sobą sprzeczne. Filozofowie posługiwali się bowiem tym wyrażeniem w sposób jawnie niejednorodny i niekonsekwentny, na ogół unikając jego szczegółowego wyjaśnienia. Ci zaś, którzy podjęli takie próby, nie zdołali sprostać temu zadaniu. Wykorzystywanie więc terminu „prawo naturalne” jest związane z naszymi subiektywnymi odczuciami lub poglądami, które mogą się różnić w zależności od wyznawanej religii czy kręgu kulturowego, do którego należymy.

Prawo naturalne jako termin filozoficzno-religijny, a nie naukowy jest silnie związane z represjami przeciwko ludzkiej seksualności. Wykorzystywane było i bywa w walce z antykoncepcją, seksem przedmałżeńskim, seksem nieprowadzącym bezpośrednio do zapłodnienia itp. Nienaturalne bywa nazywane np. korzystanie z prezerwatyw czy stosowanie zapłodnienia in vitro. Nienaturalny jest również seks analny czy oralny – nie prowadzą bowiem do zapłodnienia. Podobnie jak zwykłe całowanie się.

Prawo naturalne to zatem termin czysto wartościujący i bezwartościowy poznawczo. Ma jednak sporą siłę perswazyjną. Nazywając pewną normę prawem naturalnym, można mieć nadzieję, że uda się przekonać ludzi do uznania tej normy. Wypowiedź taka może bowiem wywoływać złudne wrażenie zrozumiałej i przekonującej. Wrażenie zrozumienia budzą bowiem słowa „prawo” i „naturalne”, które wzięte z osobna wydają się sensowne. Konstrukcja taka kojarzy się również z prawem natury, rozumianym powszechnie jako nazwa prawidłowości przyrodniczych, które są domeną nauki. Ponieważ zaś o tych ostatnich wiadomo, że nie zależą one od naszej woli, a przy tym są odkrywane i opisywane przez kompetentnych, godnych zaufania specjalistów, więc i dla norm nazwanych publicznie prawami naturalnymi udaje się często pozyskać – dzięki czysto językowemu skojarzeniu – bezkrytyczne uznanie laika.

Co ciekawe, Kościół katolicki ciągle ewoluuje, jeśli chodzi o rozumienie prawa naturalnego. Do niedawna silnie potępiał stosowanie prezerwatyw. Zmienił jednak zdanie, dopuszczając możliwość korzystania z prezerwatyw przez mężczyzn w krajach afrykańskich, w których istnieje duże ryzyko zakażenia wirusem HIV. Jestem przekonany, że pewnego dnia Kościół zmieni również zdanie na temat osób homoseksualnych i ich związków. Za jakiś czas któryś z przyszłych papieży przeprosi za prześladowanie gejów i lesbijek przez Kościół. Ubolewam jednak, że do tego czasu tak wiele osób homoseksualnych oraz ich rodzin i przyjaciół żyć będzie w poczuciu winy.

Podobnie rzecz wygląda z grzechem, którego jakoby dopuszczają się osoby homoseksualne uprawiające seks. Kategoria grzechu nacechowana jest jednak religijnie i powinna być stosowana wyłącznie wobec wyznawców danej religii i narzucana tylko im. Niektórzy uważają, że homoseksualność jest grzechem. Doktryna Kościoła katolickiego ma jednak inne zdanie na ten temat i wbrew obiegowej opinii nie uznaje homoseksualności za grzech. Katechizm Kościoła Katolickiego, który powinien być podręcznikiem każdego katolika, poświęca homoseksualności aż trzy paragrafy. Warto je przytoczyć, bo w sposób bardzo szczegółowy opisują oficjalny stosunek Kościoła rzymskokatolickiego do homoseksualności i osób homoseksualnych.

„Homoseksualność oznacza relacje między mężczyznami lub kobietami odczuwającymi pociąg płciowy, wyłączny lub dominujący, do osób tej samej płci. Przybierał on bardzo zróżnicowane formy na przestrzeni wieków i w różnych kulturach. Jego psychiczna geneza pozostaje w dużej części niewyjaśniona. […] Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. […] Osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej”.

To oficjalna doktryna Kościoła katolickiego. Praktyka wygląda niestety inaczej. Kościół katolicki wielokrotnie podkreślał swoją nietolerancję w stosunku do osób homoseksualnych poprzez np. zakaz wyświęcania osób homoseksualnych, odmowę duszpasterstwa dla takich osób czy wypowiedzi nawołujące do izolacji gejów i lesbijek. Niestety, obecna polityka papieża Benedykta XVI kontynuuje tę praktykę i nie zanosi się, by w najbliższym czasie Kościół katolicki wybrał drogę miłości bliźniego i poszanowania godności drugiego człowieka, którym również jest gej i lesbijka.

Kościół katolicki jest różnorodny. Panują w nim różnorodne opinie na różne tematy, chociaż hierarchiczna struktura sprawia, że opinie liberalne i reformatorskie często nie są tak widoczne jak te konserwatywne. Podobnie jest z podejściem do osób homoseksualnych i ich związków. W Polsce jest już kilku księży, którzy domagają się debaty wewnątrz Kościoła na temat akceptacji osób homoseksualnych. Niektórzy z nich opiekują się grupami gejów i lesbijek chrześcijan, które działają w Krakowie i Warszawie, niosąc im na co dzień pomoc duchową. Niestety, księża ci współpracują z osobami homoseksualnymi bez oficjalnego przyzwolenia hierarchii kościelnej. Ta pozostaje nadal głucha na problemy gejów i lesbijek, oferując im jedynie leczenie i modlitwę.

Trzeba też podkreślić, że w Polsce, w kraju, w którym zdecydowana większość społeczeństwa deklaruje się jako katolicka, większość gejów i lesbijek to również katolicy. Niestety, ich orientacja seksualna nie znajduje akceptacji wśród hierarchii kościelnej, co przejawia się codzienną dyskryminacją i mową nienawiści ze strony Kościoła.

Uważam, że ciężko jest pogodzić orientację homoseksualną z dzisiejszym stanowiskiem Kościoła katolickiego. Jest ono bowiem pełne niezrozumienia dla gejów i lesbijek i wymaga od nich okrutnych i nieludzkich poświęceń. Jestem jednak głęboko przekonany, że jeśli Bóg istnieje, w co osobiście wątpię, kocha gejów i lesbijki tak samo mocno jak osoby heteroseksualne. Wierzę, że nigdy nie potępiłby miłości homoseksualnej, podobnie jak nie potępiłby miłości heteroseksualnej. Dla Boga miłosiernego miłość to miłość. Gdy mężczyzna kocha mężczyznę, kobieta kobietę lub mężczyzna kobietę, Bóg jest szczęśliwy.

***

W polskim dyskursie o homoseksualności mamy też często do czynienia z demonizowaniem głosu gejów i lesbijek, częstym sugerowaniem istnienia „lobby homoseksualnego”, które czyha tylko, żeby zniszczyć zdrową, tradycyjną polską rodzinę. Gdy organizacje gejowsko-lesbijskie mówią o równych prawach, ich przeciwnicy grzmią o „przywilejach”, a obecny wicemarszałek sejmu, Stefan Niesiołowski kilka lat temu publicznie stwierdził, że „dawanie przywilejów pederastom jest wynaturzeniem i dziwactwem”. Cytatów podobnych do myśli wypowiedzianej przez Stefana Niesiołowskiego można przytaczać wiele – życie publiczne w naszym kraju pełne jest bowiem homofobicznych deklaracji. Do tych głosów dochodzą często oskarżenia o tzw. promocję homoseksualności. Warto wiedzieć, że to stosunkowo nowe, niezwykle ideologiczne pojęcie zostało przejęte od amerykańskich fundamentalistów, wśród których mniejszość gejowsko-lesbijską przedstawia się jako źródło wszelkiego zła. Takie ruchy powstają także w Polsce – podobną działalność prowadzi np. Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi z Krakowa. Jak zauważyła jednak Kinga Dunin, propaganda ma się do gejów i lesbijek tak samo jak syjonista miał się do Żyda podczas antysemickiej nagonki w 1968 r. „Eufemizm uruchamia pokłady nietolerancji, a zarazem daje moralne alibi – nie atakujemy ludzi, tylko narzucane nam przez nich poglądy. Ten zabieg sprawia, że można już pogardzać i wykluczać bezkarnie i mieć przy tym poczucie moralnej wyższości wynikającej z poczucia zagrożenia. Ciekawe, że «promocja» ma też walor nieodparcie komiczny, bo kojarzy się z reklamą, przeceną. I tak jak za komuny powstaje pole do absurdalnych żartów. Za komuny mówiliśmy do siebie «ty elemencie». Dzisiaj można pytać: kupisz homoseksualizm?” – napisała znana polska publicystka, dr Agnieszka Graff.

***

Reformy wymaga także dzisiejszy system edukacji, który zamiast promować tolerancję i różnorodność, powiela stereotypy i uprzedzenia wobec osób homoseksualnych. W podręcznikach szkolnych przeczytać możemy, że homoseksualność jest „zboczeniem”, a „pozostawanie w związku partnerskim może powodować zaburzenia psychiczne”. Warto byłoby przyjąć takie rozwiązania edukacyjne, które uczyć będą akceptacji dla różnorodności, a przede wszystkim przekazywać rzetelną i obiektywną wiedzę. Nie chodzi tutaj o zachęcanie do bycia gejem czy lesbijką – bo „promować homoseksualności” nie można – ale o dyskusję. Szkoła nie powinna unikać tej tematyki, bo po pierwsze statystycznie w każdej klasie szkolnej jest przynajmniej jeden gej albo lesbijka, po drugie uczniowie takiej wiedzy często poszukują. Dobrze, aby otrzymali ją od nauczyciela. Trzeba też pamiętać, że gejami i lesbijkami są często sami nauczyciele – oni uczą i będą uczyli nasze dzieci, czy tego chcemy, czy nie.

Przemoc psychiczna wobec osób homoseksualnych lub – co chyba ma miejsce najczęściej – podejrzewanych o bycie homoseksualnymi jest zjawiskiem tak powszechnym w polskich szkołach, że można zaryzykować tezę, iż przestało się ją zauważać. Gdy w 2006 roku na ulicach Warszawy pojawiły się plakaty „Co się gapisz, pedale?!” publicysta Rzeczpospolitej żądał ich ukrycia, bo jego dzieci na nie patrzą. Ciekawe, czy z taką samą energią angażuje się w walkę z homofobicznym językiem powszechnym w szkole, do której uczęszczają jego dzieci. Ponad połowa gejów i lesbijek doświadczyła jakiejś formy przemocy psychicznej, z czego aż w 29 proc. przypadków sprawcami byli koledzy lub koleżanki szkolni. 26 proc. aktów przemocy miało miejsce w szkołach. Nauczyciele często udają, że problemu nie widzą.

Warto więc zastanowić się, czy zamiast tracić energię na zwalczanie tzw. promocji homoseksualności, nie zacząć promować wiedzy o osobach homoseksualnych. Promocja ta obnażyłaby mit spopularyzowany przez Giertycha o tym, że do bycia gejem albo lesbijką można kogoś namówić. Namawiać co najwyżej można do tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Zarówno nienawiść, jak i tolerancja nie są bowiem cechami wrodzonymi – można je nabywać lub odrzucać w drodze socjalizacji. Unikanie dyskusji o homoseksualności sprawi, że szkoła produkować będzie kolejnych ksenofobów, którzy swoją nietolerancję przenosić będą nie tylko na gejów i lesbijki, ale także na inne grupy społeczne. Warto przytoczyć wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2007 roku: „Państwo, wykonując funkcje przyjęte na siebie w sferze oświaty i wychowania, musi zapewnić, aby informacje i wiedza zawarte w programie były przekazywane obiektywnie, krytycznie i w sposób pluralistyczny”.

Politykom udało się w ostatnich latach wykreować atmosferę strachu wśród nauczycieli i dyrekcji szkół przed poruszaniem pewnych kontrowersyjnych dla niektórych tematów, więc o gejach i lesbijkach w polskich szkołach się nie mówi. Strach przed dyskusją o homoseksualności pogłębił się, gdy były minister edukacji narodowej, Roman Giertych latem 2006 roku odwołał dyrektora Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, ponieważ ten zaakceptował do dystrybucji wśród nauczycieli podręcznik Rady Europy „Kompas” mówiący o prawach człowieka, w tym dyskryminacji gejów i lesbijek. „Kompas” wykorzystywany jest we wszystkich krajach Europy, a także np. w muzułmańskim Maroku. Kulminacją tej swoistej ministerialnej kampanii przeciwko osobom homoseksualnym był projekt ustawy zakazującej tzw. promocji homoseksualności. Propozycje Giertycha, które na szczęście nigdy nie ujrzały światła dziennego w formie ustawy, miały w istocie sprawić jedno – zastraszyć tych, którzy chcieliby o homoseksualności rozmawiać bez uprzedzeń i stygmatyzujących stereotypów. Zwrócił na to uwagę komisarz Praw Człowieka Rady Europy, który w swoim memorandum do rządu polskiego napisał, że „w świetle wydarzeń politycznych ostatnich lat, a także wypowiedzi polityków można mówić o klimacie nieżyczliwym osobom o odmiennej orientacji seksualnej. Zakaz propagowania homoseksualności przenosi tę atmosferę do szkół”.

Jeszcze kilkanaście lat temu publiczne nawoływanie do nienawiści wobec osób homoseksualnych było czymś niewyobrażalnym. Gdy w maju 1991 roku ówczesny wiceminister zdrowia, Kazimierz Kapera nazwał homoseksualność zboczeniem i oskarżył osoby homoseksualne jako winne rozprzestrzeniania wirusa HIV, premier Bielecki zdymisjonował go następnego dnia – telefonicznie. Początki III RP wydawały się nie dawać przyzwolenia na tego typu retorykę. Stwierdzenie Kapery byłoby niestosownym, głupim żartem u cioci na imieninach, ale w przestrzeni publicznej nie było tolerowane. Dzisiaj dwie piąte Polaków przyznaje, że co najmniej raz zetknęło się z przemocą werbalną, czyli wypowiedziami, które obrażały innych np. ze względu na orientację seksualną – wynika z sondażu CBOS. Jako grupę, która najczęściej posługuje się mową nienawiści, ankietowani w przeważającej mierze wskazywali polityków. Jako najbardziej obraźliwe wskazywane są słowa, które dotyczą homoseksualnych mężczyzn: „pedał” (83 proc.) i „ciota” (80 proc.). „Lesba” zajęła w tym rankingu nienawiści czwarte miejsce. Pokazuje to nie tylko, jak bardzo jesteśmy nietolerancyjni wobec osób homoseksualnych, ale także jak dużą moc mają słowa, które wypowiadamy. Potrafią stygmatyzować, ranić, a czasami nawet zabijać. Bo od mowy nienawiści do zbrodni z nienawiści jest krótka droga. W ciągu ostatnich dwóch lat, według ostatniego raportu organizacji Kampania Przeciw Homofobii i Lambda Warszawa, prawie 18 proc. gejów i lesbijek doświadczyło przemocy fizycznej – było potrącanych, szarpanych, uderzanych albo kopanych – tylko dlatego, że byli homoseksualni. Przez lata mojej działalności nie słyszałem, aby ktokolwiek heteroseksualny został pobity dlatego, że jest heteroseksualny. Nie znam też ani jednego słowa obraźliwego wobec osób heteroseksualnych.

Polski kodeks karny nie przewiduje jednak szczególnych przepisów sankcjonujących dyskryminację ze względu na orientację seksualną lub wypowiedzi o charakterze homofobicznym. Jak słusznie zauważa w swych publikacjach wybitna karnistka z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Eleonora Zielińska, obecnie obowiązujące artykuły kodeksu karnego (art. 256 oraz 257), chroniąc inne grupy społeczne – mniejszości etniczne, narodowe, rasowe, wyznaniowe – kompletnie ignorują najbardziej napiętnowaną dzisiaj społecznie mniejszość – gejów i lesbijki.

Homofobia jest w Polsce powszechna. Od wulgaryzmów przytaczanych wyżej, a wypowiadanych przez pana spod budki z piwem, dzieci w szkole i ich rodziców, poprzez nawoływanie do nienawiści (wypowiedź biskupa Pieronka o izolacji gejów i lesbijek, posła Wierzejskiego o „pałowaniu” manifestujących czy okrzyki „Pedały do gazu!”), aż po konkretne działania związane z przemocą fizyczną (pobicia osób homoseksualnych, ataki na manifestacje). Gdyby ktokolwiek użył podobnych słów w stosunku do Żydów lub mniejszości niemieckiej zamieszkującej nasz kraj, spotkałby się nie tylko z powszechnym oburzeniem opinii publicznej i ostracyzmem mediów, ale także z konsekwencjami prawnymi. Gdy jednak obrażani są geje i lesbijki – prawo milczy.

Co ciekawe, w powszechnym dyskursie o homoseksualności w Polsce dominuje kwestia gejowska. Kobiety homo- i biseksualne są z niej wykluczone werbalnie i praktycznie. To rodzaj dyskryminacji bardzo ściśle związanej z homofobią i seksizmem oraz systemem patriarchalnym. Kobiety homoseksualne są bowiem zagrożone podwójną dyskryminacją. Po pierwsze jako kobiety, które w patriarchalnym społeczeństwie mają nierówną pozycję w stosunku do mężczyzn, po drugie jako lesbijki. Mimo że są publicznie mniej napiętnowane niż mężczyźni homoseksualni, są przemilczane przez historię i niewidzialne w społeczeństwie.

Bycie lesbijką nie jest więc podobne do bycia gejem. Kobiety homoseksualne naruszają bowiem podwójnie patriarchalną normę: po pierwsze jako kobiety, po drugie jako lesbijki. Homoseksualność kobiet rzadko była represjonowana prawnie, w przeciwieństwie do homoseksualności męskiej. Do dziś w wielu krajach muzułmańskich karane są homoseksualne związki męskie (np. poprzez publiczne egzekucje, chłostę, kamieniowanie), a relacje między kobietami okryte są kulturowym tabu. Lesbijstwo traktowane było i jest nadal w niektórych rejonach świata pobłażliwe – jako niewinna zabawa, okres przejściowy, któremu małżeństwo położy kres. Często też jako erotyczny bodziec dla mężczyzn. Dlatego też lesbijki często podnoszą problem zmowy milczenia, która wyklucza ich obecność w historii. Zmowa ta sprawiła bowiem, że wszelkie dowody na istnienie homoseksualności kobiet były skrupulatnie niszczone. Intymne zapiski kobiet, ich pamiętniki i korespondencja w niewielkiej części zachowały się do dzisiaj, dając przykłady miłości lesbijskiej. Ponieważ kobiety homoseksualne rzadziej niż mężczyźni homoseksualni bywały celem represji karnych, mniej można znaleźć w archiwach sądowych śladów ich prześladowań. Sytuację dodatkowo utrudnia trudny los kobiet w ogóle – w przeciwieństwie do mężczyzn były one i nadal są mniej widoczne w życiu społecznym.

Cytowany już wcześniej przeze mnie raport pokazuje, że 60 proc. ankietowanych żyje w związkach homoseksualnych. Prawo, na szczęście, nie zabrania dwóm dorosłym, kochającym się mężczyznom lub kobietom wspólnego prowadzenia gospodarstwa domowego, ale pozostawia ich związek bez jakichkolwiek uregulowań prawnych. Warto zastanowić się nad wprowadzeniem do polskiego systemu prawnego instytucji związków partnerskich. Celowo nie piszę o związkach homoseksualnych, bo wiem, że także wiele par heteroseksualnych jest zainteresowanych tego typu instytucją, z różnych względów nie chcąc zawierać małżeństw.
W parlamencie IV kadencji powstał taki projekt – przeszedł nawet przez senat i należałoby do niego wrócić. Zawierał on bowiem głównie rozwiązania natury ekonomicznej – prawo do dziedziczenia po zmarłym partnerze, prawo do korzystania z ubezpieczenia zdrowotnego dla członków rodziny, prawo do wspólnego opodatkowania się, prawo do świadczeń po zmarłym partnerze (np. emerytury). Dotyczy to także prawa do zasięgania informacji o partnerze przebywającym w szpitalu, do odwiedzin i możliwości podejmowania decyzji o sposobie leczenia, prawa do odbierania korespondencji partnera, a także prawa do odmowy składania zeznań w charakterze świadka na zasadach dotyczących małżonków. Wbrew temu, co mówią niektórzy – wielu z tych kwestii nie można rozwiązać inaczej niż przez ustawę. Gdyby mój partner uległ wypadkowi, nie mógłbym decydować o sposobie jego leczenia, bo w świetle prawa jestem dla niego obcą osobą. Żadna deklaracja, testament czy umowa tutaj nie działają. Potrzebne są rozwiązania kompleksowe – takie, jakie istnieją w większości krajów Unii Europejskiej. Ustawa o związkach partnerskich jest nie tylko w interesie samego środowiska gejowsko-lesbijskiego i nieformalnych związków heteroseksualnych, ale również społeczeństwa jako całości. Daje stabilizację ekonomiczną, gwarantuje opiekę partnerów, pomnaża dochody państwa.

I wbrew temu, co mówią przeciwnicy, nie chodzi tutaj o atak na instytucję małżeństwa (ta jest już wystarczająco dobrze chroniona przez Konstytucję RP) albo adopcję dzieci. Chodzi o uregulowanie partnerstwa dwóch dorosłych osób prowadzących razem, często przez wiele lat, wspólne gospodarstwo domowe.

Kolejne kraje w Europie i na świecie instytucjonalizują związki osób tej samej płci. Wymienianie krajów, które wprowadziły takie regulacje, nie ma już sensu – w Unii Europejskich jesteśmy już w mniejszości. Kraje o dominacji wyznawców katolicyzmu, takie jak Hiszpania czy Irlandia, wprowadziły związki partnerskie kilka lat temu, a kilka miesięcy temu, jako jeden z ostatnich krajów „starej” Unii, zrobiła to także katolicka Portugalia. „To bardzo dobry krok w kierunku budowy społeczeństwa sprawiedliwszego i bardziej tolerancyjnego” – oświadczył portugalski premier Jose Socrates. Wyprzedziło nas również kilka krajów, które razem z nami wchodziły do Wspólnoty – Słowenia, Węgry czy sąsiednie Czechy.

W wyniku zmian społecznych zapoczątkowanych pod koniec lat 60. XX wieku tradycyjna forma małżeństwa ulega głębokim przemianom. W jego ramach nie mieszczą się nie tylko geje i lesbijki – z powodów prawnych, ale także pary heteroseksualne, z różnych powodów niechcące zawierać małżeństw, a oczekujące od państwa wprowadzenia jakiejś alternatywy. Być może więc warto zastanowić się nad legalizacją związków partnerskich w formule obejmującej pary zarówno hetero-, jaki i homoseksualne.

Legalizacja związków partnerskich ma też swój wymiar społeczno-edukacyjny. W krajach, gdzie je zalegalizowano, tolerancja wobec osób homoseksualnych wzrosła, a poziom mowy nienawiści ze strony polityków i osób publicznych zmalał. To idealny przykład na to, że nasze stereotypy i uprzedzenia wobec gejów i lesbijek wynikają przede wszystkim z lęku przed nieznanym. Jestem głęboko przekonany, że w Polsce, gdzie według badań Eurobarometru tylko co dziesiąty Polak zna osobę homoseksualną, gdyby zalegalizowano związki homoseksualne, tendencja byłaby podobna. Warto więc, aby politycy w końcu pochylili się nad problemem kilkuset tysięcy par, które przez państwo polskie nadal zmuszane są żyć nielegalnie.

***

Przeciwnicy równych praw dla gejów i lesbijek jak mantrę powtarzają kwestię adopcji dzieci przez osoby homoseksualne. Zapominają jednak, że już dzisiaj w Polsce dzieci są wychowywane w homorodzinach. Według szacunków takich dzieci jest kilkadziesiąt tysięcy. Pochodzą one najczęściej z wcześniejszych, heteroseksualnych związków, sztucznego zapłodnienia lub adopcji. Znam wiele takich rodzin. Jeśli osoba homoseksualna chce wychowywać dziecko, może to zrobić legalnie.

Badania prowadzone w związkach hetero- i homoseksualnych pokazują, że nie ma różnic w rozwoju psychofizycznym dzieci w nich wychowywanych. Po latach badań Amerykańskie Towarzystwo Psychoanalityczne podkreśliło w 2002 roku, że „podstawą rozważań o szeroko rozumianym wychowywaniu dzieci powinno być dobro dziecka. Zgromadzone dowody potwierdzają tezę, że w interesie dziecka leży przede wszystkim zapewnienie mu odpowiedniej opieki ze strony zaangażowanych i kompetentnie wypełniających swą rolę rodziców. […] Zarówno osoby, jak i pary homoseksualne mogą wypełniać swe zadania rodzicielskie tak samo dobrze jak heteroseksualne. A Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne dodaje, że nie ma naukowych podstaw do wnioskowania, że lesbijki i geje są niezdolni do pełnienia obowiązków rodzicielskich. Przeciwnie, wyniki badań wskazują, że rodzice homoseksualni tak samo jak heteroseksualni dążą do zapewnienia swoim dzieciom przyjaznej i zdrowej atmosfery”. I właśnie dlatego, na podstawie doświadczeń życiowych, badań naukowych oraz w celu zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa, coraz większa ilość krajów na świecie reguluje kwestie rodzicielstwa osób homoseksualnych. W Belgii postulat adopcji dzieci przez pary homoseksualne wsparty został przez krajowy UNICEF, ONZ-owską agendę ds. dzieci. W wielu innych krajach trwają prace nad odpowiednimi regulacjami.

Instynkt rodzicielski nie jest w żadnej mierze zależny od naszej orientacji. Geje i lesbijki mają takie same potrzeby i prawo do posiadania dzieci jak osoby heteroseksualne. W przeciwieństwie do wielu par heteroseksualnych pary homoseksualne nie mają dzieci przypadkowo. Decyzja o wychowywaniu dziecka w takim związku jest podejmowana świadomie i odpowiedzialnie, nie ma mowy o wpadce. Jest odpowiedzialność i determinacja. Bo wychowanie dziecka w homoseksualnej rodzinie w naszym społeczeństwie wymaga wyjątkowej dojrzałości.

Tworzą też rodziny, które w Polsce stanowią znaczny odsetek gospodarstw domowych. Tradycyjna rodzina heteroseksualna złożona z kobiety i mężczyzny oraz dzieci wcale nie jest tak powszechna, jak nam się wydaje. Według Narodowego Spisu Powszechnego takich rodzin jest w naszym kraju tylko 55 proc. Czy pozostałe 45 proc., a wśród nich rodziny homoseksualne, to patologia? Wyznacznikiem zdrowej rodziny nie jest jej kompozycja płciowa, ale miłość, opieka, partnerstwo… Wartości te są uniwersalne – wynikają głównie z naszej osobowości, mniej z faktu bycia kobietą czy mężczyzną, osobą hetero- czy homoseksualną.

***

Jestem głęboko przekonany, że wszystkie przedstawione przeze mnie problemy z tolerancją wobec osób homoseksualnych mogą zostać rozwiązane tylko dzięki dobrej woli całego społeczeństwa. Politycy mogą za pomocą przycisków w parlamencie decydować o tym, czy porzucimy nieludzki język pogardy dla gejów i lesbijek, pozwolimy na cywilizowane życie parze kochających się dorosłych ludzi, wprowadzimy rzetelną edukację o homoseksualności, ale nie zmienią naszej mentalności i myślenia. Ta część pracy nad naszą osobistą tolerancją należy już do nas samych. Homofobia jest ważnym problemem społecznym, a dwa miliony gejów i lesbijek żyjących w Polsce nie są tematem zastępczym. Żyją wśród nas – są naszymi nauczycielami, uczniami, sprzedawcami, braćmi i siostrami. Warto spróbować ich zrozumieć i pomóc im w niełatwym życiu.

Szczycimy się naszą tradycyjną tolerancją. Mityczna, wręcz dogmatyczna, polska tolerancja wymaga od nas tej deklaracji, by zaraz potem przejść do ataku. „Jestem tolerancyjny, ale…” – i tutaj pada cała litania ksenofobicznych, rasistowskich, homofobicznych argumentów. Jestem przekonany, że tylko dzięki edukacji połączonej z dialogiem jesteśmy w stanie porzucić to fałszywe „ale” i stać się prawdziwie tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.

http://debaty.tezeusz.pl/blog/201872.html